…czyli w poszukiwaniu swojego miejsca w szeregu...
Kiedy matce wielodzietnej przydarzy się nie wyjść pewnego dnia do pracy, ponieważ gwałtownie i niespodziewanie zostaje zmuszona do całodobowej opieki nad którąś ze swoich jednostek chorobowych, to zaczyna ją korcić cholernie, aby tym niecodziennym sam-na-sam, jeden-do-jeden, tylko-ty-i-ja (czy jak by tam tego inaczej nie nazwać), nacieszyć się do upadłego.
Opieka nad jednym potworem (czy dwoma – to już właściwie bez większego znaczenia), nawet najbardziej mędzącym z powodu swoich dolegliwości, potrafi być dla takiej - zwykle otoczonej tabunami nieletnich - prawdziwą przyjemnością.
Ma się wtedy wręcz nieposkromioną ochotę latać koło umęczonego stwora i nadrabiać te wszystkie braki w obcowaniu z nim, spowodowane nadliczbowością jego rodzeństwa na tzw. codzień…
Oj i można sobie tym pomysłem, niezły bicz na siebie ukręcić.
*
Właśnie zaliczamy sztafetę. Pierwsza wystartowała Natalia, w strefie zmian dość szybko pojawiła się Tośka, która przeskakując ostatni płotek, płynnym ruchem przekazała pałeczkę Matyldzie.
W dołkach startowych pozostaje jeszcze w prawdzie dwóch zawodników, ale już na tym etapie moje odruchy obronne mnie nie zawodzą, wymuszając jednocześnie szybką analizę faktycznego stanu rzeczy.
Wnioski owych błyskawicznych przemyśleń nasuwają się same i są całkowicie jednoznaczne.
Chcąc nie wyrządzić sobie nadmiernej krzywdy, dla własnego dobra pozostaje mi jedynie powstrzymywać się od pierwotnych, kuszących zapędów i:
- wszelkie atrakcje tych dni ograniczać do niezbędnego minimum,
- zamieniać przyjemne w pożyteczne, czyli zamiast całkowicie skupiać się na chorobowej jednostce, bezustannie wyszukiwać sobie nigdy nie ukończone przydomowe czynności do wykonania,
- jeśli mieć jakiś bliski kontakt z kurującym się obiektem, to głównie werbalny i to najlepiej o charakterze lekko uprzykrzającym.
Tylko taka postawa ma szansę spowodować, że zawieje w domu niewyobrażalną nudą, a to ma prawo korzystnie wpłynąć na pojawienie się uczucia tęsknoty za przedszkolno-żłobkową społecznością i spotęgować pragnienie szybkiego powrotu do zdrowia.
W przeciwnym wypadku zawsze, kiedy tylko stado zwęszy brak jednego ze swoich, podczas toalety porannej dnia roboczego i połączy ten fakt z rozczochraniem matki o zwolnionych ruchach i (wciąż) w piżamie w paski, słychać będzie tylko: „mama coś jest nie tak, źle siem czujem”, albo „mam temperaturę i kaslem”, lub też „boli mnie głowa i swędzi mnie tutaj”, czy „ale jestem chooola, mama boli mnie brzuszek”.
Gromadnie udawany kaszel, słanianie się na wpół ugiętych nogach i pokładanie po podłodze, potrafią wtedy całkowicie rozchybotać nadszarpnięte nerwy i wytępić zmysły uruchamiające matczyną czujność i kobiecą intuicję. Po niespełna trzech minutach nie wie się już kompletnie nic.
Tylko zachowanie zimnej krwi – której u mnie jak na lekarstwo przecież - pozwala uniknąć wszechobecnej paranoi wywołanej fałszywą epidemią.
Termometr staje się najlepszym przyjacielem człowieka. Z tego co jak dotąd udało mi się ustalić, należy oddać się mu wtedy bez reszty. To właściwie on powinien decydować teraz, kto idzie na prawo, a kto na lewo.
Zrzucenie całej czarnej roboty na ten mały, bezduszny, elektroniczny przedmiot wiąże się niestety z ryzykiem wypuszczenia z domu ukrytej jednostki chorobowej, tzn. takiej, u której podwyższonej temperatury o poranku nie stwierdzono, ale to tylko kwestia czasu, kiedy rozdzwonią się telefony alarmowe personelu państwowych placówek opieki nad moimi dziećmi.
No cóż, coś za coś.
Jak dotąd nie udało mi się jeszcze opracować żadnego przyzwoitego wykrywacza wymysłów, więc chwalę sobie to co mam i pozostaje mi tylko mieć przy sobie zawsze włączoną komórkę i domowymi sposobami pozbywać się cichaczem kilku garści kokonów uturlanych z wyrzutów sumienia.
- Mamo, gdzie som dziewcyny?
- W żłobku.
- Aaaa… gdzie są bliźniaki?
- No gdzie są bliźniaki?
- No, mama, powiec gdzie som..
- W przedszkolu, bliźniaki są w przedszkolu, wiesz przecież...
- A tata? Gdzie jest tata, mama?
- Matylda, no jak to nie wiesz gdzie jest tata?
- W pracy?
…
- Mamo.. a ja to gdzie jestem?
- Ty?
- No ja... gdzie ja jestem?
- Nie mam pojęcia, Matylda. A gdzie ty właściwie jesteś?
- No a ja.. a ja to się właśnie zagubiłam, hehe..
Gorączka i katar są, pediatra też już zdążył kolejne choróbsko potwierdzić, więc przynajmniej mam pewność, że nie w porannych wymysłach... się zagubiła biedaczka.
PS: Po Klarę kazali dziś przyjechać do żłobka tuż przed 14.00, od jutra kolejny etap sztafety, trzymajta kciuki!
Template: Double Albu Templates III - Scrapping with Liz
Papers, elements and alpha: Happy Artist Kit - Sugary Fancy Designs
photos by mama
pozdrawiam
*